Córeczka tatusia

Marianna Burzyńska (znana jako Mira Zimińska-Sygietyńska) przyszła na świat 22 lutego 1901 roku. Miała szczęśliwe dzieciństwo. Spędziła je pod czujnym okiem ojca, którego była ulubienicą. 

Po ukończeniu szkoły powszechnej została uczennicą renomowanej szkoły dla panien (pensji) prowadzonej przez surową i powszechnie szanowną płocką damę panią Gutkowską. Na pensji nastoletnia Mania nie sprawiała większych kłopotów.

Wychowanki zacnej damy miały znać literaturę polską z naciskiem na twórczość wieszczów oraz historię swojego nieszczęsnego kraju. W tej dziedzinie Mania Burzyńska należała do ścisłej czołówki i była słuszną dumą patriotycznie nastawionej pani Gutkowskiej.

Dziewczyna umiała także grać na pianinie i przede wszystkim – śpiewać. Posługiwała się sprawnie obowiązkowym rosyjskim i dość dobrze mówiła po francusku, słuch muzyczny zaś sprawiał, że posiadała dobry akcent w każdym z tych języków.

Gorzej szło jej na lekcjach praktycznych z  prowadzenia domu dla męża i dzieci, ale też nie była na nich najgorsza. Nauki przyrodnicze wprawdzie nie szły jej w ogóle, ale tym niezbyt się przejmowano. Uważano, że, co do zasady, kobieta ma kłopoty z ogarnięciem swoim umysłem wiedzy ścisłej. Darowano jej wiec niezbyt chlubne oceny i mizerne postępy. Tym bardziej, że przecież umiała to wynagrodzić surowej właścicielce szkoły. Niestety, charakter pisma miała niewyrobiony, niestaranny i bazgrała piórem jak kura pazurem. Na pensji święcie wierzono, że drewniana linijka spadająca na otwartą dłoń uczennicy, wcześniej, czy później, spowoduje pożądane przez nauczycielkę kaligrafii zmiany. Te jednak nigdy nie nastąpiły. Ponieważ nie była w klasie wyjątkiem, nie martwiła się tym długo. Dokładnie tyle czasu, ile bolała ją ręka.

Sukcesy na lekcjach literatury i historii zawdzięczała ojcu, dla którego książki były ucieczką przed strapieniami w pracy w teatrze miejskim  oraz codziennością w drobnomieszczańskim środowisku rodziny żony i sąsiadów. Przynosiły mu tym większą radość, że jego ukochana  córka, podobnie jak on, uwielbiała czytać. W domu znajdowała się biblioteka zapełniana przez niego wartościowymi książkami pisarzy polskich i zagranicznych, pismami o kulturze i sztuce, ale także popularnymi powieściami i książeczkami dla dzieci np. z wierszami Stanisława Jachowicza. Na nich, jako pięciolatka, Mania nauczyła się składać pierwsze litery w słowa. Książki kształtowały jej wrażliwość, wyobraźnię i ciekawość świata. Inteligentna i coraz bardziej oczytana szukała u ojca nie tylko miłości, ale także zrozumienia i wsparcia. Wspólna lektura stała się mostem łączącym tych dwoje. Dzięki niej dużo rozmawiali, ojciec uczył ją historii, studiowali razem sztukę. Słuchała o jego planach dotyczących jej przyszłości. Nie miał on żadnych wątpliwości, co do tego, że powinna osiągnąć więcej niż on. W jego marzeniach była jedną ze studentek, które coraz liczniej zaczęły pojawiały się w szkołach wyższych. Dla Mani ukończenie studiów miało być przepustką do lepszego życia.

Pracowały już przecież pierwsze lekarki, w szpitalach spotykało się cywilne, nie zakonne, pielęgniarki zwane florentynkami od arystokratki Florence Nightingale, twórczyni nowoczesnego pielęgniarstwa.

Medycyna zdecydowanie nie pociągała Mani. Jednak rozmawiała z ojcem o coraz lepiej przygotowanych do pracy nauczycielkach, paniach prowadzące samodzielnie  sklepy czy buchalterię, zupełnie jak jej matka. To z kolei mniej podobało się ojcu.

Znaleźli więc wspólny ideał zajęcia zawodowego dla wykształconej kobiety  –  dziennikarki i autorki piszące do  takich pism jak „Bluszcz”. O prawdziwych pisarkach nie wspominając. Mania w wyobraźni widziała siebie jako poważną panią piszącą do gazety czy magazynu, o teatrze, literaturze, muzyce.

Ojciec, inteligent, podzielał tę wizję. Włożyli zatem wiele pracy w jej domowy uniwersytet. To, co z niego wyniosła – umiejętność uczenia się i samodzielne myślenie – okazało się z czasem największym majątkiem.

Edukacja literacka Mani nie kończyła się przy biurku ojca. Rodzice pracowali w teatrze miejskim na posadach bufetowej i intendentki oraz scenografa.

Od urodzenia wychowywała się więc za kulisami, a to skutkowało tym, że znała na pamięć cały repertuar, zarówno lżejszy jak i poważny. I doskonale go rozróżniała Na pensji pomijała ten pierwszy rodzaj, by imponować okazałą oraz ugruntowaną wiedzą dotyczącą teatru. „Dziady” Mickiewicza? Proszę bardzo, zagrała przecież w nich zagłodzone dziecko przychodzące na wezwanie guślarza! Z przejęciem recytowała najsławniejsze fragmenty, które „same” utkwiły w jej pamięci, kiedy za kulisami czekała na swoje wejście. 

„Samotność – cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi?
Gdzie człowiek, co z mej pieśni całą myśl wysłucha,
Obejmie okiem wszystkie promienie jej ducha?
Nieszczęsny, kto dla ludzi głos i język trudzi:
Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie;
Myśl z duszy leci bystro, nim się w słowach złamie,
A słowa myśl pochłoną i tak drżą nad myślą,
Jak ziemia nad połkniętą, niewidzialną rzeką.
Z drżenia ziemi czyż ludzie głąb nurtów docieką,
Gdzie pędzi, czy się domyślą?”

Pani Gutkowska, nauczycielka literatury i panienki w klasie  ocierały łzy wzruszenia, nie mogąc nadziwić się talentowi Mani do interpretacji. Słowacki? „Balladyna” i „Lilla Weneda” urzekały ją tajemniczością i potrafiła o niej opowiadać barwienie.

Podkasane zaś kuplety śpiewała i odgrywała przed  koleżankami w wielkiej tajemnicy, najczęściej w sekretnych zaułkach kamienic w drodze do domu. To był JEJ teatr, w którym była główną, ba, jedyną GWIAZDĄ! Występy przynosił jej niemałą satysfakcję i popularność. Dziewczęta chichotały przy zakazanych, pieprznych dowcipach i dwuznacznych piosenkach. Jak ta słynna z „Zemsty”.

„Córuś moja, dziecię moje, co u ciebie szepce? 
Pani matko dobrodziejko, kotek mleko chłepce; 
Oj kot, pani matko, kot, kot, 
Narobił mi w pokoiku łoskot. 
Córuś moja, dziecię moje, co u ciebie stuka? 
Pani matko dobrodziejko, kotek myszki szuka; 
Oj kot, pani matko, kot, kot, 
Narobił mi w pokoiku łoskot. 
Córuś moja, dziecię moje, czy ma ten kot nogi? 
Pani matko dobrodziejko, i srebrne ostrogi; 
Oj kot, pani matko, kot, kot, 
Narobił mi w pokoiku łoskot.”

Kariera pisarska miała więc silną konkurencję w postaci kariery artystycznej, scenicznej.

Do pełni szczęścia brakowało jej miłości i uwagi matki. Na tę nie miała jednak żadnych szans! Dla Marii Burzyńskiej Mania miała wielką wadę, której nie potrafiła jej wybaczyć.

Otóż nie była Emilką!

Starsza o 7 lat siostra zmarła na gruźlicę mając zaledwie piętnaście lat. Była wielką dumą i nadzieją matki. Nastoletni wiek młodszej córki przypominał więc boleśnie tę utraconą, ukochaną.

Emilka była śliczna jak z obrazka, utalentowana wokalnie i pianistycznie. Występowała w poważanym w Płocku i okolicach chórze „Harfa”, założonym i prowadzonym przez pana Lachmana. Zespół słynął z wykonywania, na tajnych spotkaniach, pieśni patriotycznych, miał też w repertuarze dozwolone utwory Stanisława Moniuszki. Krzewił patriotyzm. Nastolatka przenosiła idee „Harfy” na grunt prywatny. Organizowała w domu wieczory muzyczne i tajne komplety, podczas których uczyła zebrane dzieci sąsiadów patriotycznych pieśni. Stała się gwiazdą Płocka, jego ozdobą, kandydatką na żonę miejscowego patrycjusza. We wspomnieniach zrozpaczonej matki Emilka przybrała postać ideału, któremu Mania nie miała najmniejszych szans dorównać.

Jednak największą wadą młodszej córki było to, że stawała się młodą kobietą.

Po drugim mężu pani Wodzyńska miała zaś istotne powody, aby nie lubić ŻADNEJ młodej, apetycznie zaokrąglającej się dziewczyny. Nie, nie chodziło tu stricte o córkę. O młodziutką kobietę, jako taką.

Jej wiek i ponętność zbyt mocno przypominały jej upokorzenie jakiego doznała dwa lata wcześniej od już świętej pamięci „rodzonego” męża. Jego ulubienica tym bardziej nie mogła więc liczyć na jej względy.

( fragment powieści Agnieszka L. Janas o Mirze Zimińskiej-Sygietyńskiej, Mira. Po prostu kobieta, wydawnictwo A&K, str. 11-20)

mira

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *