Maria Pawlikowska-Jasnorzewska: wielka poetka i ikona mody

„-No, bierz pani sobie ten krepdeszyn (rodzaj jedwabnej tkaniny) w kwiatki, nie będziesz pani żałować. Siostra była teraz w Paryżu – cały Paryż w takim krepdeszynie biega …

– Kiedy nie mam pieniędzy …

– Pani zmartwienie, czy moje? Zapłaci mi pani, jak będziesz mogła. Kiedy się pani będziesz ubierała, pani Pawlikowska, jak pani będziesz stara (…).” Maria Pawlikowska-Jasnorzewska zadawała więc szyku w sukni z paryskiego krepdeszynu w kwiatki, kupionego na kredyt u kochanej pani Schreiberowej w Krakowie. Nigdy nie była stara. Gdy zmarła, 9 lipca 1945 roku w Manchesterze, miała 54 lata.

Lilka Kossakówna

To moja ukochana poetka. Mimo, że nie dostała Nobla, choć nie cieszyła się międzynarodową sławą, jest dla mnie ucieleśnieniem poezji mocno zabarwionej erotyką i ikoną mody dwudziestolecia międzywojennego. A do tego barwną bohaterką mojej ulubionej powieści pt. „Maria i Magdalena”, którą napisała jej siostra Magdalena Samozwaniec. Przedstawia ona życie jednej z najbardziej znanych artystycznych rodzin polskich Kossaków. Maria – zwana w domu Lilką – była: córką Wojciecha Kossaka, wnuczką Juliusza, siostrą znanej satyryczki Magdaleny oraz siostrą cioteczną Zofii Kossak-Szczuckiej, pisarki historycznej. Może się zakręcić w głowie od tej litanii osób! Rodzina za nic miała sobie wiele konwenansów XIX w. mieszczańskiego Krakowa, obce jej było zakłamanie. Gdy dzieci zaczynały wykazywać talent, traktowane były jak partnerzy do rozmowy przez sławnego malarza „pięknego Wojtka”. A umiłowanie strojów i elegancji ojciec wpajał córeczkom od wczesnego dzieciństwa. „(…) od tatki przyszły pocztą (z Paryża – aj) pierwsze „amerykany”. Były to brązowe skórzane półbuty z wywieszonym dziurkowanym językiem. Och, jakże dumnie stąpały w nich obie siostry po krakowskim bruku. Dewotki, wracające z kościoła, żegnały się na ich widok, a małe przyjaciółki zieleniały. Zagraniczne ciuchy były zawsze w Polsce obiektem marzeń i zazdrości wszystkich kobietek, nawet tych najmłodszych. – Ten Wojciech przewraca w głowach swoim córkom – mówiły krakowskie matki. –Popatrzcie tylko, jak on je stroi! Istne czupiradła. Był to rzeczywiście odosobniony wypadek, aby młode panienki chodziły tak elegancko i zagranicznie ubrane w czasach, kiedy ich szkolne koleżanki nosiły wyłącznie granatowe peleryny lub płaszczyki obszyte szarym barankiem, a na głowach nasunięte na czoło berety granatowe lub czerwone.” Tymczasem Kossakówny dumnie obnosiły się w czarnych, trójrożnych kapeluszach obszytych złotymi taśmami i w płaszczykach długości 3/4 w piaskowym kolorze. Skąd „tatko” brał na to pieniądze? Na kreskę! A jak rachunek był za duży? To malował: portret kupca, jego żony, potem dzieci, później ułana na koniu … Stąd w krakowskich rodzinach kupieckich (ale nie tylko także w: lekarskich, prawniczych …) przetrwało tyle „kossaków”.

PROSTO

We wczesnej młodości Lilka złamała rękę. Gips założono źle – kość wprawdzie się zrosła, ale zbyt ciężki opatrunek sprawił, że obojczyk i łopatka uległy skrzywieniu. Rehabilitacja w modnym, krakowskim ośrodku gimnastycznym sprawiła, że plecy – pochyliły się jeszcze bardziej! Zrozpaczony Wojciech zamówił u jubilera kosztowny pierścionek, którego obrączkę tworzył napis „prosto”. Miał przypominać właścicielce o prawidłowej postawie. Niestety. Biżuteria też nie pomogła i Maria Pawlikowska-Jasnorzewska do końca życia walczyła z bólami pleców, karku, barku … Jednak tej poważnej ułomności nie dostrzegali ani zakochani w niej mężczyźni, ani uwielbiające ją i naśladujące jej stroje kobiety. Dlaczego? Wypracowała własny styl ubierania się. Używała miękkich tkanin, które kaskadami spływały z ramion, zawojów, lekkich szali. Była niewysoka, szczupła, bardzo charakterystyczna. Przez kilka lat ubierała się w czerń i róż. Bardzo lubiła wykorzystywać różne sztuczki do maskowania swojego wieku. Przykład? Miała młodszą siostrę, z którą przez kilka miesięcy ubierały się w identyczny sposób, jak bliźniaczki: jednakowe sukienki, buciki, kapelusze. Stanowiły atrakcję Warszawy i były opisywane jako przykład modnego stylu „sistars”. Na zrobionym im wówczas zdjęciu trudno odróżnić, która jest która. Choć były do siebie zaledwie trochę podobne! Młodość i pucołowata świeżość Magdaleny odwracała uwagę od nico starszego już i bardziej wyrazistego profilu Marii.

Elegancja ponad wszystko

Poetka wielką wagę przywiązywała do elegancji. Nic nie mogło stanąć jej na przeszkodzie, nawet gdy bawiła na nieformalnym kongresie polskich poetów na głębokiej wsi w Święcicach, u artystycznej rodziny Morstinów. Zofia Starowieyska-Morstinowa tak wspomina pobyt poetessy „Lilka, choć kochała się w leśnych ziołach i ćmach, pająkach i gąsienicach, o co w Święcicach nie było trudno – potrzebowała także urządzeń wielkomiejskich. W pierwszym rzędzie –fryzjera. Gdzie szukać fryzjera w Święcicach? Ale chyba jest w Miechowie (najbliższe, ale dość daleko położone miasteczko)? – wypytywała Lilka, która jeśli chodziło o dotarcie do sposobów upiększania, była praktyczna i energiczna. Oczywiście w Michowie jest fryzjer. Rzeczowe dowody jego istnienia nosiły na głowie dziewczęta ogrodowe, które co jakiś czas zgłaszały, że nie mogą przyjść do roboty, bo idą do Michowa na „mondulację”. Potem przychodziły w głowami przypominającymi karakuły. Otóż Lilka oświadczyła pewnego dnia, że „musi” pojechać do fryzjera. Jak musi – nie było gadania. Wiadomo jak na wsi trudno o konie. (…) Oczywiście taka istota z piany i tiulu nie mogła jechać, jak my wszyscy jeździliśmy. Stąd konieczność oderwania fornalki (rodzaj powozu) od „pilnych robót”.  Widzę jeszcze biedna Lilkę, jak zakutana w płaszcze i derki, wtulona e róg naszego odrapanego powozu, zaprzężonego w czwórkę naszych nienajlepszych koni, wyruszyła w drogę – do fryzjera. Wróciła dopiero pod wieczór: jechało się strasznie długo. Lilka była zadowolona. Fryzjer okazał się dobry, czyli uczesał ją tak jak chciała, w drodze zupełnie się nie nudziła. Było powietrze, obłoki, pola, trawy, żółty żarnowiec i białe świetliki, błękitny podróżnik i biała cykoria”. Bardzo często, wzorem ukochanego „tatki”, ubrania i usługi brała na kredyt. A jak już nie mogła, bo skończyła się cierpliwość kupców. To szła do uwielbiającej ją pani Schreiberowej, której wysyłała swoje tomiki wierszy z dedykacją, bilety na premierę swoich sztuk z miejscami w pierwszym rzędzie, której „radziła” się co do strojów … Która, gdy wspólnik naciskał, pokrywała zastarzałą część długu pani Pawlikowskiej z własnego dochodu. Bo przecież kiedyżby miała się stroić? Gdy będzie stara?

W czasie pisania korzystałam z :

Anna Nasiłowska, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska czyli Lilka Kossak. Biografia poetki. Algo, Toruń 2010

Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena. Wibet, Pruszków 1992

mira

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *